Ekosocjalizm

Drukuj

abruz

Mój przyjaciel ostatnio powiedział mi, że jest „zielony” i w związku z tym chciałby wstąpić do partii zielonych, ale nie chciałby być „arbuzem” – tj. zielonym z wierzchu a czerwonym w środku. Marzy mu się racjonalne i ekologiczne państwo minimalne. Chłopak, zapewne pod naporem mojej agitacji, zdaje sobie sprawę, że polityka państwa opiekuńczego jest kontrproduktywna ekonomiczne, wypiera spontaniczne reakcje społeczeństwa obywatelskiego oraz przyczynia się do demoralizacji i infantylizacji jej beneficjentów. Jak zatem połączyć ogień z wodą?

Thomas DiLorenzo sądzi, że nie-arbuzowy ekolog

„[n]ie proponuje rządowego przymusu rozdzielenia człowieka i natury przez nacjonalizację ziemi i innych zasobów, konfiskatę prywatnej własności, zakaz hodowania niektórych rodzajów zwierząt, regulację ludzkiego spożycia żywności itp. Nie jest ideologicznym socjalistą, który jest zdeterminowany, aby zniszczyć kapitalizm. Nie wyraża publicznie życzeń, aby przyszedł „nowy wirus” i zabił miliony, jak to zrobił kiedyś założyciel Earth First. Częściej szuka sposobów wykorzystania instytucji kapitalizmu do rozwiązania problemów ochrony środowiska. Jest nawet nowe słowo na taką osobę: enviropreneur (environment — środowisko, entrepreneur ― przedsiębiorca ― przyp. tłum.). Może się też nazywać wolnorynkowym ekologiem, który rozumie jak prawa własności, prawo zwyczajowe i rynki mogą rozwiązać wiele problemów ekologicznych.”

DiLorenzo swoją bezkompromisowość wyraża ciętym językiem, ale ja bym ujął to tak, że z ekosocjalizmem są dwa, te same problemy, które dotyczą także tradycyjnego socjalizmu: moralny i ekonomiczny. Moralny można ująć tak: to, że chcesz chronić pandy w Chinach nie oznacza, że masz prawo siłą zabrać mi pieniądze na ten szczytny cel. Ekonomiczny jest taki: jak zabierzesz pieniądze ludziom i wydasz je na ochronę środowiska, to nie zrealizują się inwestycje w kapitał, od których dobrobyt nas wszystkich jest uzależniony – także wolne środki na ochronę środowiska są bezpośrednio zależne od ilości kapitału. Innymi słowy: przemoc i nędza to nie są rozwiązania problemów przyrody. Żeby ekologia miała sens musi być dobrowolna i nie może ograniczać akumulacji kapitału (wzrostu produktywności).

Problem ekonomiczny można ująć po hayekowsku: systemy rozproszone i zdecentralizowane są wydajniejsze niż systemy scentralizowane, bo w tych pierwszych lepiej wykorzystuje się niejawną, rozproszoną, nieuświadomioną wiedzę konieczną do działania systemu. Innymi słowy: centralny architekt ochrony środowiska naturalnego nie ma zdolności kognitywynych, dzięki którym mógłby skutecznie w sposób „zrównoważony” zarządzać rozwojem środowiska i gospodarki. Czy też jak ujął to Friedrich A. von Hayek w „Zgubnej pysze rozumu”:

„Osobliwym zadaniem ekonomii jest pokazanie ludziom jak mało w istocie wiedzą o tym, co w ich mniemaniu da się zaprojektować.”

Ale nawet gdyby centralne planowanie było realne – jest jeszcze inna strona tego problemu. Teoria wyboru publicznego nam mówi, że alternatywa dla prywatnej własności, mianowicie własność państwowa, jest paraliżowana tym, co ekonomiści nazywają problemem przełożonego-agenta (principal-agent problem). Przełożonym w tym wypadku jest społeczeństwo, które ma rozmyte i rozproszone cele (czasami nawet sprzeczne i skonfliktowane), których nie może nawet jednoznacznie wyrazić i przekazać do swojego agenta za wyjątkiem być może polityki (a ta czyni prawdopodobnie problem jeszcze gorszym). Agent, tj. rząd, jest na luźnej wodzy i realizuje swoje własne cele. Pytanie do którego nas skłaniają ekonomiści, a którego ekolodzy nie zadają sobie zbyt często: jaką rząd ma motywację, żeby wykonywać wolę społeczeństwa i chronić środowisko? Nie wspominając już o tym, że taka spójna, kolektywna „wola ludu” w ogóle nie istnieje – zawsze to będzie narzucona wola pewnej grupy całej reszcie.

Mówiąc krótko: społeczeństwo obywatelskie ma tę przewagę moralną nad państwem, że jego działania są dobrowolne i nikomu nic nie narzucają (wola każdej jednostki nie jest gwałcona przez wolę tej czy innej grupy) – i ta właśnie dobrowolność determinuje jego zalety ekonomiczne: używanie siły, przymusu i przemocy jest kosztowne i nieuchronnie musi wiązać się z centralizacją decyzji oraz biurokratyzacją jej realizacji. Wymiana wiedzy i współpraca jest znacznie wydajniejsza pomiędzy ludźmi, którzy utrzymują relacje dobrowolne – a gorsza w przypadku, gdy jedna osoba rozkazuje drugiej. Państwowy przymus stwarza strukturę bodźców, w której ludzie mają motywację do marnotrawstwa: windowania kosztów i obniżania efektywności (czego najdoskonalszym przykładem jest proces sądowy w Polsce, który trwa w nieskończoność, kosztuje majątek, jego wyroki rzadko mają coś wspólnego ze sprawiedliwością, a klienci – ta nieliczna część społeczeństwa, którą na niego w ogóle stać – nie wychodzą z sądu zadowoleni). Ludwig Lachmann opisał tę różnicę w ten sposób:

„Forma organizacji oparta na dobrowolnej kooperacji i uniwersalnej wymianie wiedzy jest niezaprzeczalnie lepsza od jakiejkolwiek struktury hierarchicznej, nawet jeśli w tej drugiej istniałby test sprawdzający kwalifikacje tych, którzy wydają polecenia. Ci, którzy są zdolni uczyć się w oparciu o rozsądek i doświadczenie, wiedzieli to już wcześniej. Natomiast mało prawdopodobne jest, by ci, którzy tego nie rozumieją, pojęli to teraz.”

Jest też kwestia samej „ekologicznej efektywności” centralnego planowania zielonej polityki. Najlepiej chroni się środowisko naturalne w bogatych krajach kapitalistycznych, a najgorzej w biednych krajach socjalistycznych. Rozwój technologiczny powodowany akumulacją kapitału, sprawia, że produkcja staje się „czystsza”. Ale tego rozwoju nie da się wymusić – subsydiowanie wiatraków jest tak samo przeciwskuteczne, jak subsydiowanie przemysłu ciężkiego za komuny. W takiej sytuacji struktura bodźców tworzy motywację do podwyższania kosztów i obniżania efektywności. Dodatkowo tworzy się tysiące miejsc pracy w sektorze publicznym i w subsydiowanych firmach, które są całkowicie kontrproduktywne – sprawiają, że biedniejemy. A i tak nie wiadomo czy wyprodukowane za unijne pieniądze wiatraki, nie skończą tak, jak komunistyczny przemysł. Część być może nawet przetrwa, ale pytanie: za jaką cenę? Ilość kapitału w gospodarce jest ograniczona: jeśli wydamy połowę na wiatraki, to tylko połowa zostanie na inne, być może bardziej produktywne, zajęcia.

Często gdy mówi się o tym ile miejsc pracy i ile prądu powstaje dzięki subsydiowanym wiatrakom, nie dostrzega się tego, ile miejsc pracy nie powstało i ile inwestycji nie zostało zrealizowanych przez to, że te pieniądze rząd ludziom zabrał i przeznaczył na wiatraki. Jest to tzw. koszt alternatywny i trudno jest go oszacować, bo nie wiemy, jakby wyglądał świat, gdyby rząd zostawił nasze pieniądze, nasze umowy i nasze życie w spokoju. Tyler Cowen przytacza na swoim blogu badania dotyczące skutków inwestycji w zielone technologie w Hiszpanii z których wynika, że na każde nowe cztery miejsca pracy stworzone przez rząd za pomocą subsydiów, zniknęło dziewięć miejsc pracy w reszcie gospodarki. A trzeba zauważyć, że Hiszpania od 2000 roku wydawała na „zielone innowacje” 0,5 mln euro ze swojego budżetu i ponad 1 mln euro z budżetu unijnego rocznie. Jest to 20 mln euro zainwestowane w nędzę mas. Prof. Cowen kwituje to tak, że tam, gdzie dzisiaj mówi się o „zielonej energii” wystarczy wsadzić „rolnictwo” i otrzymujemy ulotkę propagandową z końca XIX wieku. Dodaje jeszcze, że „Petycja producentów świec” Bastiata to nic, przy tym, co współczesna polityka nam serwuje.

Historia lubi się powtarzać. Podobnie jest z ropą naftową: co kilka-kilkanaście lat ogłaszają intelektualiści-wróżbici wyczerpanie jej złóż i wiążący się z tym masowy, międzynarodowy kryzys energetyczno-ekonomiczno-społeczny. Dokładnie to samo mówiono o węglu sto lat temu. Milton Friedman na jednym ze swoich wykładów czyta fragmenty traktatu Williama Stanely’a Jevonsa, który zapowiadał upadek gospodarczy świata w wyniku wyczerpania się złóż węgla. Wystarczy podmienić słowo „węgiel” na „ropa” i otrzymujemy tekst uderzająco aktualny. Błąd myślowy jaki się popełnia w tego typu argumentach, jest klasycznym przypadkiem pułapki maltuzjańskiej. Thomas Malthus w 1798 roku zauważył, że skoro liczba ludności rośnie w postępie geometrycznym, a produkcja żywności w arytmetycznym, to nieunikniony jest stan przeludnienia. No i tak się działo do czasów rewolucji przemysłowej: ilość ludności nie mogła się podnieść, bo rozwój rolnictwa był zbyt wolny. Kapitalizm sprawił, że ludzie wreszcie mieli warunki do rozrostu populacji – i to, jak Malthus zauważył, w tempie geometrycznym. Malthus sądził, że ten przyrost spowoduje głód, a sytuacja miała się odwrotnie – ten przyrost w ogóle nie byłby możliwy bez uprzedniej likwidacji głodu.

Prof. Winiecki, porównując dobrobyt przed nastaniem kapitalizmu i dzisiaj, podsumował na swoim blogu (zresztą komentując ten sam temat) różnicę tak:

„PKB na mieszkańca ówczesnego świata przekraczał nieznacznie $400; w roku 2000 jest to ponad $4500. A więc 11 razy więcej. Następny krok, to liczba ludności: wtedy ok. 300 mil., dzisiaj ponad 6 mld. A więc 20 razy więcej. Wreszcie, nie tylko żyjemy lepiej, ale ponadto dwa i pół razy dłużej. Czyli tym większym bogactwem cieszymy się przez znacznie więcej lat niż niegdyś.”

Zresztą to nawet nie chodzi o prawdopodobną nędzę materialną spowodowaną ograniczeniem zużycia zasobów, ale niezrozumieniem, jak funkcjonuje mechanizm cen. Jak węgla na świecie zacznie brakować to jego wydobycie stanie się kosztowniejsze. Cena węgla będzie rosnąć, więc konsumenci zaczną wybierać inne, tańsze źródła energii. Oczywiste jest, że jeśli węgiel stanie się droższy niż gaz to zaczniemy kupować gaz. A nawet wcześniej – zanim się przestawią konsumenci, jeszcze wcześniej przestawią się inwestorzy – zwrot z kapitału stanie się wyższy w inwestycjach w inne źródła energii, więc stopniowo nowe inwestycje nie-węglowe zaczną wypierać wydobycie węgla. Ta zmiana – jeśli faktycznie kiedykolwiek nastąpi – będzie stopniowa – ze wzrostem cen węgla o każdą złotówkę coraz bardziej będzie opłacało się wykorzystywać alternatywne źródła energii.

Znakomita większość dogmatów ekosocjalistycznych jest przyjmowana na wiarę. Nie wymagają żadnego potwierdzenia, żadnych badań, żadnych dowodów, a nawet spójnej logicznie teorii: kto nie jest z nami, ten jest przeciw planecie. David Friedman w książce „Ukryty Ład” pokazuje ciekawy przykład jak zawodne może być to intelektualne zacietrzewienie:

„Większość drewna wykorzystywanego do produkcji papieru pochodzi z drzew, które zostały posadzone w tym właśnie celu. Recykling powoduje spadek popytu na masę celulozową, a tym samym spadek cen tej masy. Niższe ceny powodują z kolei to, że nie opłaca się już sadzić nowych drzew. W efekcie liczba drzew maleje, tak samo jak maleje ilość bydła, kiedy ludzie przechodzą na wegetarianizm.”

Bywa też, że pewni „zwolennicy wolnego rynku” (tzw. prawica) przeginają w drugą stronę – nie dostrzegają, że subsydiowane od stu lat budowania dróg i przemysłu motoryzacyjnego przyczynia się nie tylko do zaburzeń w alokacji kapitału, ale co gorsza sprawia, że inwestycje w alternatywne środki lokomocji stają się nieopłacalne. Nie wspominając już o tym, że jest to zazwyczaj redystrybucja od tych, którzy nie posiadają samochodów (zazwyczaj ludzie biedniejsi), do tych, którzy je posiadają i często ich używają (zazwyczaj bogatsi). Walka z subsydiowaniem przez rząd budowy dróg może przywrócić równowagę i skłonić inwestorów do finansowania innowacji transportowych.

ekonomiści, którzy twierdzą, że własność prywatna chroni środowisko lepiej niż własność publiczna. Akumulacja kapitału wywołująca rozwój technologiczny sprawia, że nie musimy mieć już „lasu kominów”, jak w XIX-wiecznym Manchesterze. Jest rozpowszechniony i głęboko zakorzeniony nawyk myślowy wyrobiony przez ekosocajlistyczną propagandę, który mówi, że rozwój gospodarczy jest negatywnie skorelowany z ochroną środowiska. Prosty eksperyment myślowy dowodzi, że tak być nie musi: im więcej mamy wolnych środków, tym lepiej możemy chronić środowisko – zarówno indywidualnie, jak i w skali kraju czy też całego świata. Dlatego też ekologia powinna sobie stawiać dwa główne cele: edukację ekologiczną i rozwój kapitalizmu na świecie.

I taką też mam radę dla mojego „zielonego” przyjaciela: nie polityka, a ekologia liberalna jest rozwiązaniem. Ekologia, która szanuje wolność człowieka, a nie ją gwałci; ekologia, która wspiera rozwój gospodarczo-cywilizacyjny, a nie go niszczy. Moja propozycja: załóżmy prywatny park narodowy i walczmy z rządowym subsydiowaniem budowy dróg. Nie róbmy polityki, promujmy ekologię. ;-)

Czytaj również
  • Dzomber_Glaubon

    Ale to nie groźba wyczerpania zasobów jest głównym problemem, tylko zanieczyszczenia wynikające ze zużywania paliw kopalnych tu i teraz. Na ten problem, jak się wydaje, mechanizmy rynkowe nie mają dobrej odpowiedzi, bo bezpośredni interes jednostek (pozyskać energię jak najtaniej, żeby pozostać konkurencyjnym) jest sprzeczny z długofalowym interesem całości (czyli zachowaniem środowiska). W takich warunkach regulacje państwowe są pożądanym rozwiązaniem, podobnie jak są one pożądane w sytuacji, w której ktoś wyrzuca swoje śmieci w publicznym parku. I niestety trzeba się liczyć również z tym, że kosztuje to jakąś część potencjalnej wydajności gospodarczej, którą moglibyśmy osiągnąć. O ile więc zgadzam się z ogólnym przesłaniem tekstu i z promowaniem wolnorynkowej ekologii czy też tzw. zielonego liberalizmu, o tyle nie zgadzam się z tezą, że można zadanie ochrony środowiska złożyć w całości na barki dobrowolnego udziału prywatnych dobroczyńców. I tak samo jak generalnie popieram deregulację gospodarki, obniżanie oraz upraszczanie podatków, tak też wydaje mi się, że akurat w kwestiach ekologicznych państwo nie ma innego wyjścia, jak – w interesie nas wszystkich – wprowadzić jakąś formę czy to handlu emisjami zanieczyszczeń, czy to podatku ekologicznego uzależnionego od takich emisji (rozwiązanie znane np. z Niemiec). Ochrona środowiska potrzebuje mechanizmów wolnorynkowych jak kania dżdżu, choćby z tego prostego powodu, że skuteczniejszych mechanizmów niż wolnorynkowe nie ma. Ale nie oznacza to jeszcze, że możemy wprowadzić leseferyzm, usiąść z założonymi rękami i patrzeć, jak przyroda magicznie zostaje w wyniku tego uzdrowiona – to (moim zdaniem) wizja równie utopijna jak propozycje ekosocjalistów.

    • Tomasz Kłosiński

      W Twoim komentarzu są dwa ukryte założenia: po pierwsze, że regulacje państwowe Polski/Europy są w stanie rozwiązać globalny problem zanieczyszczenia (co jest wątpliwe w przypadku, gdy Chiny nie są skłonne ograniczeniczyć spalania węgla); drugie założenie można okreslić, jako hayekowską „zgubną pychę rozumu” – jest bardzo nieprawdopodobne, aby centralnie planowanie było w stanie zarządzać środowiskiem i gospodarką tak, aby osiągnąć optymalną równowagę – a Ty zakładasz, że w istocie rząd w ogóle potrafi rozwiązać ten problem.

      Poza tym z zanieczyszczeniem środowiska jest taki sam problem, jak z każdym innym „efektem wewnętrznym” ( http://www.econlib.org/library/Enc/Externalities.html ): to prawda, że dobra prywatne są zazwyczaj produkowane w nadmiarze, a dobra publiczne w niedomiarze (czego przyczyną jest głównie efekt gapowicza), ale to horrendalny mit, że zaradzić temu może tylko rząd. To po prostu mit, że jeśli nie byłoby rządu to ludzie nie robiliby nic, aby chronić środowisko i by je eksploatowali w nieskończoność. Nie jest prawdą, że rynek i prawa własności nie są w stanie zaradzić temu problemowi: gdy środowisko dojdzie w Twoim otoczeniu do granicy wytrzymania to albo się wyprowadzisz, albo podejmiesz działania. Im więcej masz środków, tym więcej możesz zdziałać. Każde dobro publiczne można dostarczyć na trzy sposoby: dla zysku, w wolntariacie dla innych, albo samoorganizując się dla siebie. Gdyby parki nie były państwowe i „darmowe” to ludzie mieliby motywację, żeby zakładać prywatne i pobierać opłaty za dostęp do nich (niekoniecznie bilety wstępu – ale np. dostep w ramach osiedla, etc). To, że nieistnieją teraz prywatne parki wynika z tego, że są wypierane przez państwowy monopol utrzymywany z podatków. Analogicznie jest z walką z zanieszczyszczeniem – gdyby nie było rządu, sam bym wykupił sobie ubezpieczenie od zanieczyszczenia – ubezpieczyciel móglby przejmować „brudne” fabryki, organizować bojkot „brudnych” produktów, etc, etc. A nawet jeśli nie byłoby takiego ubezpieczyciela – łożyłbym organizacjom trzeciego sektora (jak robie to już teraz zresztą). A po trzecie sam bym zaczął stawiać opór ludziom, którzy zachowują się jak świenie w moim otoczeniu (tak, jak robię to teraz zresztą).

      Poza tym, jak ktoś kopci i smoli Ci Twój dom to możesz go oskarżyć o zniszczenie Twojej własności. Innymi słowy, sąd zajmowałby się takimi sprawami, bo liberalizm nie polega na tym, że co zwiększa PKB (spalanie węgla) to należy tolerować – nie, liberalizm polega na tym, że tam gdzie ktoś narusza Twoje życie, ciało, wolność i własność, tam masz prawo się bronić – od rozwiązywania takich (pokojowych) konfliktów jest sąd. Jak ktoś Cię atakuje to masz prawo się bronić.

      Być może przeceniam siłę śpołeczeństwa obywatleskiego, a niedoceniam działań rządowych.. Być może, ale to nie zmienia faktu, że mitem jest, iż jesteśmy skazani tylko i wyłącznie na rozwiązania rządowe.

      A na deser zostawiam kilka artykułów:
      http://mises.org/daily/1844
      http://mises.org/daily/4288
      http://mises.org/daily/2120
      http://mises.org/daily/4464
      http://mises.org/daily/2795
      http://mises.org/daily/3473
      http://mises.org/freemarket_detail.aspx?control=63
      http://archive.mises.org/5083/pollution-and-property-rights-in-hong-kong/
      http://www.cato.org/sites/cato.org/files/serials/files/cato-journal/1982/5/cj2n1-10.pdf
      http://www.libertarianism.org/blog/libertarianism-pollution

      • Tomasz Kłosiński

        Jeszcze jedna krótka uwaga. Elinor Ostrom dostała nagrodę nobla za badania nad tym, jak wspólnoty na całym świecie radzą sobie z „tragedią wspólnego pastwiska” bez odwoływania się do przymusu:

        http://scholar.google.pl/scholar_url?hl=pl&q=http://www.groupedebruges.eu/word/GoverningTheCommons.doc&sa=X&scisig=AAGBfm3mNiOsO9NVlk08hck_opOZhBS6Gw&oi=scholarr&ei=ZpdSUujBDYrBtQaz9IDwAg&ved=0CC0QgAMoADAA

        Nie zajmowała się bezpośrednio zanieczyszczeniem środowiska, ale jej badania mogą uświadomić nam, jak przecenia się i jak często szkodliwe jest rozwiązanie „one-size-fits-all”, czyli interwencja rządowa.

        • Tomasz Kłosiński

          Wykład Ostrom o zrównoważonym rozwoju:
          http://www.youtube.com/watch?v=ByXM47Ri1Kc

          • Tomasz Kłosiński

            I jeszcze odrobinkę propagandy:

            http://www.youtube.com/watch?v=B0vmP7HoFI4 :-)

          • Dzomber_Glaubon

            Jeśli chodzi o pierwsze ukryte założenie, to wcale go nie zakładam. Może to tak trochę zabrzmiało, kiedy zacząłem mówić o konkretnych rozwiązaniach, ale ogólnie doskonale zdaję sobie sprawę z tego, że Polska/Europa w pojedynkę niewiele tu zdziała i co najwyżej sama sobie utrudni konkurencję z zanieczyszczającymi bez ograniczeń Ameryką i Azją. Chodziło mi raczej o dyskusję z ogólnego punktu widzenia, na przykład gdyby wielkie mocarstwa świata miały siąść i ustalić jednolitą politykę na ten temat – co powinny zrobić wtedy?

            Jeśli chodzi o założenie drugie, to sprawa jest bardziej skomplikowana. Wcale nie twierdzę, że po zniknięciu rządu ludzie nie robiliby w sprawie ochrony środowiska nic. Zapewne robiliby dużo, podobnie jak (nie wyłączając mnie ani Ciebie) robią dzisiaj. Moja obawa jest inna: boję się, że takie prywatne działania nie wystarczą, podobnie jak prywatne działania generalnie nie wystarczają, żeby zapewnić skuteczne działanie np. wymiaru sprawiedliwości. Globalny charakter problemu i częste trudności w zdefiniowaniu bezpośrednich poszkodowanych powodują, że moim zdaniem potrzebne są regulacje – i nie używam tego słowa w znaczeniu „centralne planowanie”, jak zdajesz się sądzić, ale w znaczeniu „klarowne i bezosobowe prawo”. Nie chodzi mi o to, żeby jakiś urzędnik w swojej wątpliwej mądrości próbował zadekretować ekologiczną równowagę na świecie, bo to byłoby absurdem. Postuluję raczej, żeby państwo (czy też jakaś odpowiednia organizacja międzynarodowa) jasno i wyraźnie zabroniło pewnych działań antyśrodowiskowych, choćby dlatego że szkodzą one każdemu po trochu, ale nikomu bardzo wyraźnie. Na identycznej zasadzie oczekuję od państwa zapewnienia mi kodeksu karnego czy cywilnego, i nie jest to z mojej strony żaden socjalizm, tylko przywiązanie do bardzo hayekowskiej przecież idei państwa prawa (Rechtsstaat), w odróżnieniu od państwa, w którym decyzje podejmuje się w sposób arbitralny i na bieżąco. Krótko mówiąc: nie o ekologiczną inżynierię społeczną mi chodzi, a o wpisanie ekologii do tych reguł gry, na podstawie których nasze stosunki ekonomiczne i społeczne kształtują się oddolnie.

            Liczba „propagandy” jest duża, a mój czas ograniczony, dlatego przetrawianie jej może mi trochę zająć :) Ale dziękuję za wszystkie linki, bo ta tematyka bardzo mnie interesuje, jako że stoi na styku moich dwóch głównych „ideologii” społeczno-politycznych.

  • Tomasz Kłosiński

    No tak, gdyby babcia miała wąsy to faktycznie ten problem by nie istniał. Ale istniałyby inne. Przypuszczam, że globalna instytucja egzekwująca regulacje ekologiczne przyniosłaby więcej szkód niż pożytku. Po pierwsze monopol (czyli innymi słowy brak zagrożenia ze strony potencjalnej bądź realnej konkurencji) tworzy strukturę bodźców, w której motywacja działa przeciwko nam. Koszta by rosły, efektywność w realizacji celów by malała – a działanie takiej instytucji byłoby całkowicie podporządkowane dysfunkcjonalnemu procesowi politycznemu. Od nacisków politycznych zależałoby wszystko. Mówiąc krótko: lepiej, żeby była konkurencja między organizacjami i lepiej, żeby ich motywacja nie była podyktowana polityką.

    Po drugie, nadal nie wierzę, że jest możliwe centralne egzekwowanie reguł w sposób efektywny: zamiast rozwiązywać problem przez tworzenie „czystszej” technologii dzięki akumulacji kapitału, my będzie konserwować brudną technologię, ale ograniczać jej użycie. To jest leczenie symptomów a nie skutków. I jak daleko zajedziemy przez dławienie inwestycji w nowe technologie i jednocześnie coraz większe ograniczenie użycia starej?

    Po trzecie, tam gdzie państwo będzie zajmowało się środowiskiem, tam nie będą robić tego obywatele. A jeśli obywatele nie będą mieli ani motywacji ani środków na walkę o ochronę środowiska, to tym bardziej państwo nie będzie się do tego poczuwało. Państwo jest uzależnione od preferencji jego zwolenników – jeśli większość będzie miała gdzieś środowisko albo sprawiedliwość to nie oczekujmy cudów od państwa. A wszystko wskazuje na to, że jak ludzie nie są (nie muszą być) sami zaangażowani w pewne sprawy, to o nich nie chcą pamiętać. Główny problem dotyczy ludzkiej motywacji. Szczerze mówiąc to nie byłbym tak anty-etatystyczny, gdyby istniał jakiś sposób na sprawienie, żeby państwo nie niszczyło zdrowych bodźców, nie tworzyło chorych bodźców i spowalniało tempa akumulacji kapitału.

    Może być tak, że prywatne działania nie wystarczą, aby ochronić środowisko. Niemniej jeśli nie wystarczą prywatne działania, to tym bardziej nie wystarczą państwowe – z powodów o których wspomniałem wcześniej. Szczerze mówiąc: założenie, że państwo będzie wydajniejsze od społeczeństwa obywatelskiego w produkowaniu czegokolwiek wydaje mi się ekonomicznie nieuzasadnione. Owszem, może być tak, że państwo zabierze nam połowę pieniędzy (jak to ma miejsce obecnie), wyda z tego promil na ochronę środowiska (jak to ma miejsce obecnie) i być może nawet ten promil będzie większą kwotą niż dobrowolne działania społeczeństwa obywatelskiego bez państwa (co wydaje mi się nieprawdopodobne, ale dobra dyskusji poczyńmy takie założenie) – to i tak należy się zastanowić czy jest to rozwiązanie problemu, które nas zadowala? Nawet jeśli absolutna kwota będzie większa, to system bodźców w długim terminie działa przeciwko nam (a nawet przeciwko samemu środowisku, bo ta kwota zazwyczaj jest zamrożona w wyniku stagnacji gospodarczej i pod pierwszym lepszym pretekstem może zostać przeniesiona na rosnące bieżące wydatki budżetowe, które rosną wykładniczo). Państwo nie rozwiązuje tego systemu, a tworzy system, w której bardziej się opłaca nie pracować niż pracować, oszukiwać niż być uczciwym, jechać na gapę na cudzy koszt zamiast płacić i wreszcie nie interesować się środowiskiem i nie przeznaczać na nie swoich prywatnych środków, niż być aktywnie zaangażowanym.

    Produkcja jedzenia też jest problemem globalnym, a nikt nie postuluje centralnej ogólnoświatowej agencji regulującej tę produkcję. Trudności w zdefiniowaniu bezpośrednich poszkodowanych są kwestią przestrzegania praw własności (czy może szerzej konwencji społecznych gwarantujących porządek). Ochrona środowiska jest kwestią spontanicznych reguł i ich efektywnego egzekwowania. To, że te reguły nie powstają wynika z tego, że zostały wyparte przez państwowy monopol egzekucji reguł. Siły społeczne uległy antrofii – jak państwo robi coś za nas, to my zapominamy jak robić to samemu. Właściwie dopóki nie odrodzi się motywacja ludzi do działania, dopóty w kwestii ochrony środowiska będziemy skazani na działanie państwa. A spontaniczny ład nie może się odrodzić tam, gdzie ten ład jest już zapewniony przez państwo. Dlatego z problemem można walczyć na dwa sposoby: przez lepsze definiowanie i egzekwowanie praw własności przez państwo albo przez likwidację państwowego monopolu i wspieranie konkurencyjnej egzekutywy. Tylko tak, jak sądzę, można poprawić respektowanie reguł, które doprowadzi do poprawy ochrony środowiska.

    Regulacje są centralnym planowaniem: bez różnicy czy rząd centralnie steruje uprawami i decyduje ile wyprodukować marchewki czy też reguluje prywatnych właścicieli, żeby określić wolumen produkcji. To tylko inny środek do osiągnięcia tego samego celu. Produkcja powinna odpowiadać na popyt, żeby kapitał mógł zostać efektywnie zaalokowany. Im większe zyski, tym większy dowód, że kapitał został efektywnie wykorzystany – tym lepiej zaspokojony popyt. Im większe zyski, tym lepiej realizowane potrzeby społeczne.

    „Klarowane bezosobowe prawo” to są reguły ogólnie przyjęte za obowiązujące przez społeczeństwo i spontanicznie egzekwowane – a nie regulacje państwowe narzucone nam przez parlament. Hayek rozróżniał prawo i legislację, choć – w przciwieństwie do mnie i np. Bruno Leoniego ( http://mises.pl/blog/2013/04/26/klosinski-bruno-leoni/ ) nie uważał legislację za zupełnie zbędną dla trwałego i stabilnego ładu społecznego.

    Niemniej, nawet zakładając, że legislacja ma w tej sprawie coś do odegrania, nadal legislacja jest tworzona przez polityków i egzekwowana przez biurokratów. Co już powinno dawać nam do myślenia. Ale co gorsza wydaje się, że nawet gdyby politycy w swej wątpliwej mądrości uchwalili dobrą legislację środowiskową a biurokraci w swej wątpliwej mądrości odpowiednia by ją egzekwowali, to i tak choć formalnie zostaje rozwiązany problem ochrony środowiska, pozostaje kilka innych problemów. Po pierwsze, nie wiemy i nie możemy wiedzieć, jakie będą dalekosiężne skutki tych działań (któż by się spodziewał, że przebiegły wynalazek Bismarcka, emerytury oparte na państwowej redystrybucji, stworzony do kupienia sobie poparcia i umocnienia władzy, doprowadzą zachód do upadku cywilizacji?). Po drugie, nie wiemy czy takie rozwiązanie byłoby wydajniejsze od społeczeństwa obywatelskiego – a nawet jeśli by było! – za to wiemy, że będzie wypierało ludzką motywację i akumulację kapitału. Po trzecie, takie rozwiązanie – jeśli by byłoby oparte na redystrybucji i zabraniałoby pokojowych działań kogokolwiek – byłoby nie zgodne z regułami sprawiedliwości. Rzecz w tym, że bronić i karać innych możemy tylko wtedy, gdy ta osoba zaatakuje nas bezpośrednio (nożem) bądź pośrednio (zanieczyszczając powietrze w naszym domu przez kopcenie w domu obok). Działanie przeciwko środowisku, musi być jednocześnie działaniem przeciwko nam pośrednio i musi się dać to wykazać. Nie możemy domniemywać winności: musimy zakładać, że dane działanie danej osoby jest dopuszczalne, dopóty dopóki nie udowodnimy, że jest inaczej. Musimy udowodnić, że ktoś działa na naszą szkodę. Tylko wtedy mamy moralne prawo bronić się i karać innych.

    Podsumowując, mam wiele zastrzeżeń zarówno natury utylitarnej, jak i moralnej wobec globalnego hayekowskiego rozwiązania problemu ochrony środowiska, choć doceniam te zabiegi i uważam, że mogą być znacznie lepszą alternatywą dla programów większości partii zielonych na świecie. Z takimi „zielonymi” przynajmniej można by było racjonalnie rozmawiać – z obecnymi jest znacznie trudniej osiągnąć sensowny konsensus.

    Co do propagandy, proszę ją pominąć i skupić się na journalach. Tam zwykle temat jest lepiej opracowany i wnika głębiej w problem.

  • Tomasz Kłosiński

    PS. W poczekalni na mises.pl czeka tekst pt. „Kalkulacja ekonomiczna w ekologicznej Wspólnocie Narodów” Arta Cardena. Po korekcie językowej powinien za ok. miesiąc się ukazać. Polecam, bo dotyczy właśnie spraw dyskutowanych tutaj przez nas.

    Wybrałem kilka pozycji z bibliografii tego artykułu dotyczących tego tematu i wartych polecenia:

    Block, Walter. 1990. “Resource Misallocation, Externalities and Environmentalism: A U.S.-Canadian Analysis.” Proceedings of the 24th Northwest Regional Economic Conference: 91–94.
    ——. 1998. “Environmentalism and Economic Freedom: The Case for Private Property Rights.”Journal of Business Ethics 17, no. 16: 1887–1899.
    Bovenberg, A. Lans, and Lawrence H. Goulder. 1996. “Optimal Environmental Taxation in the Presence of Other Taxes: general-Equilibrium Analyses.” American Economic Review 86, no. 4: 985–1000.
    Brätland, John. 2006. “Toward a Calculational Theory and Policy of intergenerational Sustainability.” Quarterly Journal of Austrian Economics 9,no 2: 13–45.
    Buchanan, James M. 1969. “External Diseconomies, Corrective Taxes, and Market Structure.” American Economic Review 59, no 1: 174–177.
    Carden, Art, and Mike Hammock. 2010. “The Truthiness Hurts.” Economic Affairs 30(2):71-76.
    Cordato, Roy. 2004. “Toward an Austrian Theory of Environmental Economics.” Quarterly Journal of Austrian Economics 7, no 1: 3–16.
    Glaeser, Edward l., and Matthew Kahn. 2008. “The greenness of Cities.” Rappaport institute for greater Boston and Taubman Center for State and local government Policy Brief, March.
    Glaeser, Edward l. and Bryce Adam Ward. 2006. “The Causes and Consequences of land Use Regulation: Evidence from greater Boston.” Harvard institute of Economic Research Discussion Paper No. 2124.
    Hamowy, Ronald. 1996. “Some Comments on the Rhetoric of the Environmental Movement.” Journal of Libertarian Studies 12, no 1: 161–177.
    Hasnas, John. 1996. “What’s Wrong With a little Tort Reform?” Idaho Law Review 32. Available at: http://faculty.msb.edu/hasnasj/gTWebSite/TortReformFinalDraft.pdf.
    ——. 2009. “Two Theories of Environmental Regulation.” Social Philosophy and Policy 26, no 2: 95–129.
    Huebert, Jacob H., and Walter Block. 2007. “Space Environmentalism, Property Rights, and the law.” University of Memphis Law Review 37, no. 2: 281–309.
    Mcgee, Robert W. and Walter E. Block. 1994. “Pollution Trading Permits as a Form of Market Socialism and the Search for a Real Market Solution to Environmental Pollution.” Fordham Environmental Law Journal 6, no 1: 51–77.
    Nelson, Robert H. 2010. The New Holy Wars: Economic Religion vs. Environmental Religion. University Park, Penn.: Penn State University Press.
    Norman, Wayne, and Chris MacDonald. 2004. “Getting to the Bottom of ‘Triple Bottom line.’” Business Ethics Quarterly 14, no 2: 243–262.
    Nye, John V.C. 2008. “The Pigou Problem.” Regulation 31, no 2: 32–37.
    Ostrom, Elinor. 2010. Beyond Markets and States: Polycentric governance of Complex Economic Systems. American Economic Review 100, no 3: 641–672.
    Munger, Michael. 2007. “Think globally, Act irrationally: Recycling.” library of Economics and liberty, July 2. Available at: http://www.econlib.org/library/Columns/y2007/Mungerrecycling.html .
    Roberts, Russell. 2001. “i, Pepsi.” The Freeman, June. Available at: http://www.thefreemanonline.org/columns/i-pepsi/.
    Rothbard, Murray N. 1982. “Law, Property Rights, and Air Pollution.” Cato Journal 2, no 1: 55–99. Reprinted in Murray N. Rothbard, 1997. The Logic of Action Two: Applications and Criticisms from the Austrian School. Cheltenham, U.K.: Edward Elgar Publishing, pp. 121–170.
    Taylor, Jerry. 2002. “Sustainable Development: A Solution in Search of a Problem.” Cato Institute Policy Analysis No. 449.

  • Tomasz Kłosiński

    Jeszcze jedna krótka uwaga. Hayek owszem mówił o ogólnych regułach w ramach, których realizuje się spontaniczny porządek społeczeństwa obywatelskiego. Część tych reguł miała być realizowana dzięki legislacji, niemniej nawet Hayek życzył sobie po pierwsze legislacji ograniczonej do spraw najistotniejszych; po drugie chciał, żeby każdy przepis obowiązywał wszystkich członków społeczności jednakowo (równość wobec prawa); i po trzecie, uważał, że legislacja powinna być ugruntowaniem tego, co wyrosło ewolucyjnie z prawa zwyczajowego. Jak taką hayekowską legislację połączyć z globalną centralną agencją międzyrządową egzekwującą ograniczenie spalania dwutlenku węgla – tego nie jestem w stanie sobie wyobrazić.