Intencjonaliści

Drukuj

„Ci, co chcą dobrze, postępują w taki sam sposób jak ci, co chcą źle.”
— Aldous Huxley

„Państwo to wielka fikcja, dzięki której każdy usiłuje żyć kosztem innych.”
–Frédéric Bastiat

Cenię sobie intencje intencjonalistów, ale jako dogmatyczny konsekwencjonalista podchodzę do realizacji intencji intencjonalistów dość spceptycznie. Po prostu równie bardzo, co intencje cenię sobie powiedzenie, że „dobrymi chęciami (władzy) piekło jest wybrukowane”. Postaram się zakreślić kilka pytań i uwag, które być może obudzą sceptyczny instynkt u Szanownego Zabłąkanego Internauty, który być może natrafi na ten blogowy wpis.

Zacznijmy od początku wywiadu:

Blok zakładowy, w którym od zawsze mieszka, został sprzedany jakiemuś biznesmenowi za nędzne grosze.

A do kogo należał zbankrutowany zakład? Do państwa. Kto jest odpowiedzialny za upadek fabryki? Państwo. Kto sprzedaje po cichcu biznesmenowi majątek? Państwo. Kto traktuje lokatorów jak wkładkę mięsną? Państwo. Kto oszukuje i ograbia ludzi? Państwo.

Zwróć uwagę: ”koszty transformacji” brzmią podobnie jak ”koszty rewolucji”. To ten sam niebezpieczny styl myślenia. Dzieją się złe rzeczy, ludzie cierpią, no ale jest to nieuniknione. Bo przecież kiedyś nastanie jutrzenka i wszystkim się poprawi. Zbyt łatwo przez te 20 lat zwalnialiśmy się z odpowiedzialności. Pegeery przestały być problemem drugiego człowieka, a stały się bezosobowym ”kosztem transformacji”.

„Koszty transformacji” to nie są w istocie koszty transformacji, tylko koszty bankrutującego socjalizmu. Gdyby socjalizm działał jak należy i gdyby zrealizował „jutrzenkę”, to żadna transformacja nie byłaby potrzebna. Oczywiście ratunkiem dla szalonej logiki prywatyzacji jest transformacja PRL-u w szwedzkie państwo opiekuńcze – tylko moje pytanie: jak to zrobić bez szwedzkiego PKB, bez szwedzkich firm, bez szwedzkiego kapitału intelektualnego i społecznego, bez szwedzkich maszyn, know-how, przedsiębiorczości? No jak, skoro Szwecja od dwóch wieków rozwija kapitalizm!?

I jeszcze raz: za nędzę pegeerów jest odpowiedzialny zbankrutowany socjalizm, a nie prywatyzacja. Prywatyzacja uchroniła nas od jeszcze gorszego bankructwa, który mógł się skończyć Bóg wie czym: choćby i jakąś wojną.

Dlaczego nasze państwo pozwala tak krzywdzić własnych obywateli? Dlaczego my, naród, się na to zgadzamy? Ty to rozumiesz?

– ”Państwo” to w Polsce brzydkie słowo. W słowniku transformacji ustrojowej prawie nieobecne. Państwo powinno nieustannie odchudzać samo siebie. I nie blokować przedsiębiorczości pana Ś. i pana Ż. W efekcie takiego myślenia państwo rzeczywiście mamy słabe i jeszcze robimy z tego cnotę.

„Państwo” to brzydkie słowo, bo to ono jest odpowiedzialne za cały ten burdel. Dlaczego państwo pozwala krzywdzić obywateli? Powiem Wam dlaczego: bo państwo zawsze działa przede wszystkim w swoim interesie, tylko na Zachodzie w sposób bardziej cywilizowany, a w naszym nieco mniej. Obywatele to dla państwa sprawa drugorzędna: tak było, jest i będzie, bo człowiek zawsze będzie przekładał interes swój nad interes cudzy, a politycy zawsze będą ludźmi, a nie robotami zaprogramowanymi na realizację dobra wspólnego.

Dlaczego my, naród, zgadzamy się na to, żeby państwo siało dalej zamęt? Nie wiem, ja się nie zgadzam i dlatego założyłem tego bloga.

Czy państwo powinno być silne? Tak, wtedy będzie maiło więcej siły, żeby robić to, co robi – wyzyskiwać obywateli dla swojego interesu. Państwo oczywiście powinno odchudzać samo siebie – ale niestety nigdy tego nie zrobi. Tylko my, obywatele, możemy je do tego zmusić. Tylko my możemy odeprzeć to, co robi nam państwo. Tylko my możemy rozliczyć państwo za ten nieład, za który jest odpowiedzialne.

Przez cały czas słyszał o konkurencji, a nie o współpracy. O inicjatywie, a nie o pomocy. O własnym interesie, a nie o zaletach sprawiedliwości. Czy on skrzywdził kogoś, kto jest w jego oczach poważny albo istotny? Nie. On skrzywdził ”koszt transformacji” – jakąś bezradną emerytkę. Nie tego skrzywdził, kogo widzi w serialu o klasie średniej, do której aspiruje. To nie jest ktoś, z kim on może mieć wspólną perspektywę. Nie do takich ludzi szacunku go uczono na studiach. Miał szanować biznesmena w krawacie, maklera i znanego aktora.

(…)

Polaka od dziecka zaczęto uczyć wyłącznie konkurowania z innym. Kreatywność. Innowacyjność. Konkurencja. A gdzie współpraca? Współpraca w szkole kojarzy się ze ściąganiem. Ten komornik prawdopodobnie nie czuje się odpowiedzialny za drugiego człowieka. Brakuje mu słów, pojęć, których po prostu nigdy nie usłyszał.

Dlatego Polaka trzeba do współpracy zmusić. Pomijając już fakt, że porządek społeczny oparty na przymusie nie działa, to podział pracy jest współpracą – nikt nie zrobił dla innych więcej niż ten, kto produkuje. Jeżeli ja za połowę swojej pensji kupię 100 chlebów to pomogę 100 ludziom, jeśli piekarz w swoim własnym interesie wypiecze 1000 chlebów i wszystkie sprzeda, to w istocie pomoże 1000 osobom, bo zwalnia tych ludzi za kilka złotych z obowiązku pieczenia tego chleba samemu w domu. Dzięki temu ludzie mogą zająć się czym innym – pracą, dziećmi czy spędzić jakoś wolny czas.

Są trzy sposoby zdobycia chleba: można go samemu upiec (szkoda czasu), można go ukraść (nierozsądne) i można go kupić (najlepsze rozwiązanie). Piekarz w istocie jest bohaterem, który pomaga niezliczonej liczbie osób każdego dnia. Gdybym musiał codziennie sam chleb piec, żeby móc go zjeść, to z pewnością podciąłbym sobie żyły jeszcze dzisiaj. Ja ze swoim lenistwem zawdzięczam piekarzowi życie.

W istocie gdyby nie było konkurencji, to nie mogłoby też być współpracy, bo gdyby nie było konkurencji, to nie byłoby piekarza i jego motywu by sprzedać mi za kilka złotych chleb, dzięki któremu nie muszę go samemu piec, a w konsekwencji nie muszę się ciąć czy wieszać. Sierakowski znosząc konkurencję i wprowadzając przymusową „współpracę” niechybnie, choć zapewne mimo woli, doprowadziłby do mojej zguby.

- Weźmy na przykład określenie ”równość społeczna”. Nie funkcjonuje w polskim słowniku od 20 lat.

Kiedy my już mieliśmy „równość społeczną” przez pół wieku i to przez jej bankructwo doprowadzono do transformacji i jej kosztów. Koło się zamyka. Dlatego też nie ufam intencjonalistom. Podzielam ich intencje, bo uważam, że są bardzo cenne i należy je pielęgnować, ale nigdy nie należy zapominać o tym, czy aby konsekwencje zrealizowanych przez władzę intencji intencjonalistów nie doprowadzają do ich przeciwieństwa, do ich własnej karykatury. Nie zapominajmy o konsekwencjach.

Czytaj również