Zabytki

Drukuj

Jak sprywatyzować zabytki? 

The reason why men enter into society is the preservation of their property.
— John Locke

Wszyscy ludzie mający pojęcie o gospodarce rynkowej wiedzą, że ma ona dwa filary: swobodne kształtowanie się cen (czyli po prostu rynek) i własność prywatna. Fakt, że ceny są sygnałami informującymi uczestników rynku o podstawowych sprawach: o tym, czego jest dużo, czego mało, co ludzie chcą a czego nie znoszą, został pojęty nawet przez głęboko wierzących socjalistów – co w efekcie spowodowało nowy etap surrealizmu tej doktryny: mianowicie, socjalizm rynkowy. No, ale nie ma co roztrząsać „fantastyki naukowej”…

Pytanie: co z drugim filarem? Co własnością prywatną? Wydaję się, że większość rozumie, że w społeczeństwie, w którym szanuje się własność prywatną, wyłania się struktura bodźców, która motywuje ludzi do pracy, oszczędzania i inwestowania – mówiąc krótko: do rozwoju. Wydaję się, że wszyscy rozumieją utylitarne oblicze własności – jej funkcję ekonomiczną. Nie wszyscy natomiast pojmują funkcję cywilizacyjną własności i jej rolę w społeczeństwie obywatelskim. Zaangażowanie obywatelskie w sprawy społeczne nie byłoby możliwe bez własności prywatnej. Alternatywą dla własności jest tylko państwowa biurokracja. Relacja miedzy biurokracją a aktywnością obywatelską jest obustronna: z jednej strony im bardziej (a przede wszystkim im skuteczniej) państwo jest zaangażowane w pewną działalność, tym bardziej obywatele nie będą mieli motywacji, żeby zając się daną sprawą; z drugiej strony zaś im mniej jest motywacji w obywatelach do działania, tym więcej posłuchu zyskuje teza, że daną rzeczą może zajmować się wyłącznie państwo.

Weźmy jako przykład zabytki: jeżeli nie chcemy, żeby ich przetrwanie zależało wyłącznie od mechanizmów biurokratycznych, przymusowej redystrybucji, regulacji i polityki to musimy zrobić dwie rzeczy: po pierwsze trzeba organizować się i wspierać prywatne organizacje, które zabytki chronią; po drugie należy agitować za prywatyzacją zabytków. Co do organizacji to mamy ich bez liku, problem widzę w drugiej sprawie: kto dziś agituje za prywatyzacją zabytków? Pozwolę sobie dziś na tę nutkę szaleństwa i rozważę tę sprawę.

Jak sprywatyzować zabytki tak, aby wciąż one pozostały zabytkami a nie kupą gruzu? Przychodzą mi do głowy dwa rozwiązania tego problemu: pierwsze jest takie, że władza może po prostu kontrolować majątek będący w prywatnych rękach, który uważa się za zabytek (ale to rozwiązanie uważam za najmniej satysfakcjonujące, jako że nie widzę większej różnicy między własność państwową a własnością prywatną z tylnego siedzenia kontrolowaną przez władzę). W istocie zamiast tworzenia urzędów do zarządzania zabytkami stworzono by urzędy do zarządzania zarządzającymi zabytkami.

Drugie rozwiązanie jest takie, że można zabytki oddać ludziom (np. Fundacja Batorego albo Społeczny Komitet Odnowy Zabytków Krakowa), którzy sobie je cenią bardziej niż pieniądze, które mogliby dostać od dewelopera pragnącego postawić apartamentowiec na miejscu danego zabytku . To rozwiązanie jest najlepsze, tylko niesie za sobą ryzyko, bo trzeba zaufać tym organizacjom, że nie sprzeniewierzą powierzonego im majątku. Trzeba ich po prostu pilnować. Widzę tutaj ogromną rolę wszelkich miłośników zabytków. Śmiem twierdzić, że deweloperom trudniej byłoby skorumpować taką organizację niż urząd odpowiedzialny za ochronę zabytków. Organizacje takie także działały by jak magnes kumulujący w jednym miejscu ludzie zainteresowanych sprawą. Analogicznie blogi na Liberte są magnesem dla wszystkich dzielących przekonania liberalne.

Nie da się ukryć, że społeczeństwo obywatelskie jest filarem – nawet gdy państwo „chroni” zabytki, jak w Łodzi  to i tak ich przetrwanie głównie zależy od tego czy społeczeństwo jest wystarczająco zdeterminowane, żeby je chronić i patrzeć władzy na ręce. Żaden system nie zwolni społeczeństwa z jego obowiązków, choćbyśmy mieli zrobić odpowiednią ustawę i odpowiedni urząd regulujący każdy aspekt życia społecznego. Zresztą to w dużej mierze jest iluzja bezpieczeństwa (czego Łódź dowodzi). Przetrwanie zabytków i w ogóle przetrwanie cywilizacji zależy od nas, a nie od tego, co jest napisane w ustawach. Użalanie się na nieefektywność biurokracji obnaża jak głęboko tkwimy w tej iluzji: nikomu nie przychodzi do głowy, że jak społeczeństwo nie będzie miało woli to żadna siła polityczna żadnymi represjami nie sprawi, że sytuacja będzie zadowalająca.

I jest jeszcze jedna sprawa. O ile społeczeństwo obywatelskie jest odpowiedzią na większość bolączek życia, to sam kapitalizm też działa tym lepiej, im społeczeństwo jest bardziej świadome i aktywniejsze. Podam przykład: tam gdzie ludzie nie kradną są znacznie mniejsze koszta utrzymania ochrony mienia. Po pierwsze rząd mniej łoży na dochodzenia kradzieży, na policję, sądy, itd., a po drugie ludzie sami mniej inwestują swojego czasu i pieniędzy w ochronę i bezpieczeństwo. Jak ludzie mniej inwestują swojego czasu i pracy w sprawy drugorzędne, więcej mogą poświęcić (i ze spokojną głową) na rzeczy naprawdę ważne: pracę, rodzinę i odpoczynek.

Jak to się ma do zabytków? Ano ma się. Cena jest sumą subiektywnych odczuć: jeżeli nagle z jakiegoś powodu większość z nas uznałaby, że zgniłe jajo jest święte i każdy musi mieć jedno w domu, to cena zgniłego jaja poszybowała by hen w górę. Analogicznie, jeżeli ludzie cenią sobie bardziej zabytki niż apartamentowiec na jego miejscu, to w istocie kapitalizm może chronić zabytki.

Jest jeszcze jedna sprawa: ciśnienie na niszczenie zabytków przez deweloperów wynika pośrednio z chorej kontroli zagospodarowania przestrzennego i odpowiadających im regulacji. Prawdopodobnie, gdyby nie było tej skali regulacji i opodatkowania budownictwa to grunty budowlane byłyby kilkakrotnie tańsze, a mieszkania kilkunastokrotnie tańsze. To wszystko ogranicza podaż mieszkań, co przy tak ogromnym popycie oznacza solidne zyski: tutaj tkwi motywacja deweloperów do działalności niszczycielsko-budowalnej. System bodźców obecnie jest taki, że bardziej opłaca się kupić za bezcen grunt ze zrujnowanym zabytkiem i zniszczyć go po cichu korumpując biurokrację. Niechybne, choć nieintencjonalne i często nieświadome, konsekwencje kontroli „samowoli budowlanej”.

Czytaj również