Krytyka Polityczna – tak, wypaczenia – nie

Drukuj

„Pan minister mówi: Precz z oazami podatkowymi! Ale jedno raczy minister zauważyć: Dla ludzi to nie oaza jest problemem, tylko pustynia rozciągająca się dookoła.”
–Guido Westerwelle

W gniewnym felietonie na łamach Krytyki Politycznej Cezary Michalski grzmi – niczym Marks w Manifeście Komunistycznym – na burżuazyjne rządy kapitału:

„Zapanujmy nad faszyzmem pieniądza. Nie w imię bolszewizmu pieniądza. W imię demokratyczno-liberalnego państwa prawa, którego przetrwanie i skuteczność egzekwowania prawa są warunkiem przetrwania państwa opiekuńczego na jakimkolwiek poziomie. Czy to takie trudne do zrozumienia?”

W swoim naiwnym uniesieniu Michalski nie dostrzega, że to nie budżet państwa jest gwarantem naszego dobrobytu, ale właśnie ci wstrętni faszyści-przedsiębiorcy, a drenaż depozytów w cypryjskich bankach doprowadzi do tego, że kredyt będzie mniej dostępny, co uderzy przede wszystkim w tych, którzy mają niską zdolność kredytową. Ale to nie ignorancja ekonomiczna budzi moje największe zdumienie – do tego można przywyknąć, gdy czyta się regularnie lewicową prasę. To, co mną do głębi wstrząsa to brak zdolności Michalskiego do dostrzeżenia relacji przyczynowo-skutkowej.

Współczesne zdeprawowane państwo opiekuńcze oparte na zasadzie redystrybucji od biednych do bogatych nie zostało zainicjowane przez nadprzyrodzone siły kapitału czy niezidentyfikowane obiekty Konsensusu Waszyngtońskiego, tylko przez istniejący od dekad socjaldemokratyczny establishment polityczno-biznesowy – ergo: zrodziło się ono samo w łonie socjaldemokratycznego porządku w wyniku jej  własnych wewnętrznych korupcjogennych tendencji. Naiwni idealiści, którzy stworzyli europejską socjaldemokrację nie pragnęli, rzecz jasna, by narzędzia masowej redystrybucji służyły przede wszystkim skorumpowanym politykom i wielkim korporacjom – w tym głównie bankom komercyjnym, które wraz z rządem są głównymi beneficjentami inflacji systematycznie zawłaszczającej zasoby ludzi biednych. Ale nie oceniajmy polityków po intencjach, spójrzmy na konsekwencje ich czynów.

Władza korumpuje – mawiał Lord Acton – i naturalnie przyciąga degeneratów moralnych chcących zrealizować korupcyjne możliwości jakie ona stwarza. Im większy zakres władzy (poszerzony by państwo mogło pomagać biednym zabierając bogatym), tym silniejsza struktura bodźców korupcjogennych. Do dominujących nieświadomych bądź wypieranych (dobry case dla Freudystów) niechcianych konsekwencji socjaldemokracji należy zaliczyć: biurokratyzację życia społecznego, wypieranie spontanicznie tworzących się konwencji i instytucji w ramach społeczeństwa obywatelskiego oraz brak kontroli społecznej nad gigantycznym sektorem publicznym i ogromem jego wydatków. Najlepszym znakiem naszych czasów są rozmiary socjaldemokratycznej legislacji. Nawet najbardziej zdeterminowany obywatel nie jest w stanie prześledzić ustaw oraz działań rządu i urzędów, a co za tym nie jest w stanie kontrolować poczynań państwa – mówiąc prosto: tego jest tak dużo, że nie jesteśmy w stanie patrzeć politykom na ręce.

Jak zatem w tym gąszczu niepilnowanych przez nikogo miliardów publicznych pieniędzy zapanować nad korupcją? Remedium jest oczywiste – należy zwiększyć władzę państwa i zasięg redystrybucji, a idące za tym góry ustaw i urzędów, pomogą nam zapanować nad polityczno-biznesowym establishmentem. Lekarstwo, którego domaga się Michalski, wydaje się być groteskowe, bo to ono – mimo woli nieświadomych lekarzy – wywołało chorobę.

Czytaj również