Przemyślenia o Sayu, liberalizmie i przyszłości

Drukuj

Say

Kupiłem sobie ostatnio Traktat o ekonomii politycznej Jean-Baptiste Saya. Książka w oryginale została wydana pierwszy raz w 1803 r., a w Polsce wydali ją marksiści z PWN w 1960 r. Drugiego wydania się od PWN nie doczekała, co zresztą zakrawa na intelektualną hańbę, bo dzieło to na kontynencie przez ponad stulecie było tym, czym dla świata anglosaskiego było Bogactwo narodów Adama Smitha. Zresztą Say wzorował się na Smithie (od jego lektury zaczął swoją przygodę z ekonomią) i nieustannie się na nań powołuje, ale jego praca unika pewnych błędów popełnionych przez twórcę nowożytnej ekonomii (przede wszystkim Say wiąże wartość z subiektywnym odczuciem, a nie z ilością włożonej pracy oraz podkreśla rolę akumulacji kapitału i przedsiębiorczości w rozwoju gospodarczym, oraz tłumaczy, że tworzenie bogactwa to w istocie tworzenie wartości za pomocą najróżniejszych sposobów), jest bardziej spójna i tworzy kompletny system ekonomii politycznej.

Ledwie skończyłem czytać polskie wprowadzenie prof. Jerzego Kleera, francuskie wprowadzenie (w tym notę biograficzną Ambroise’a Clementa) i uwagi wstępne Saya, a już jestem pod gigantycznym wrażeniem. Po pierwsze wprowadzenie do wydania PWN zostało napisane przez marksistę i z dzisiejszego punktu widzenia bawi równie bardzo, co czytanie przeciwników systemu heliocentrycznego po opublikowaniu O obrocie sfer niebieskich przez Kopernika. Bawi nawet sama marksistowska nowomowa: Traktat okazuje się klasyką nie ekonomii w ogóle, a ekonomii burżuazyjnej, Say jest natomiast „ekonomistą wulgarnym” (tak Marks nazywał ekonomistów-apologetów kapitalizmu – zresztą „najwulgarniejszy” był dla niego Bastiat i już choćby z tego powodu warto na niego zwrócić uwagę), a w zestawieniu z innymi klasykami (jak Smith, Malthus, a zwłaszcza Ricardo), Say wypada kiepsko, bo odrzucił laburystyczną teorię wartości i zwrócił się ku (jeszcze nieodkrytemu) marginalizmowi – czyli odrzucił fundament teorii Marksa.

Francuskie wprowadzenie zrobiło wrażenie na mnie, bo uswiadomiło mi, jakim szacunkiem kiedyś Say był otaczany (na marginesie: pamiętam, że w pewnej noweli Prusa (tytułu nie pamiętam) bohater zaczytywał się w Sayu – co wskazywałoby na to, że i w Polsce w owym czasie cieszył się popularnością). Say nie tylko wprowadził na kontynent dzieło i myśl Smitha, więcej – on ją rozbudował, poprawił, ulepszył, wniósł twórczy wkład w jej rozwój. Dzieło Saya było niegdyś elementarzem ekonomii w Europie.

Natomiast same uwagi wstępne Saya uświadomiły mi, że kręcimy się w koło. Say odpowiada na te same argumenty metodologiczne, makroekonomiczne, polityczne i moralne, na które odpowiada współczesna liberalna ekonomia. Niektóre akapity polemik sprzed 200 lat wyglądają jakby je wyjęto z dzisiejszej wyborczej albo rzepy. A pod względem walorów językowych to nawet cofnęliśmy się w rozwoju. Pod względem świadomości ekonomicznej też – zwłaszcza w kręgach opiniotwórczych, elitach mediów i władzy, intelektualistów. Nie od dziś wiadomo, że o ile drogocenna akumulacja kapitału ciągnie cywilizacyjnie „niż społeczny” w górę, o tyle egalitaryzm sprawia, że „wyż społeczny” karłowacieje.

Największą chyba zaletą lektury Saya jest to, że jest on klasykiem, który niczego nie popieprzył. Jego liberalizm jest czysty od patologicznych wpływów pod którymi byli inni klasycy (zwłaszcza brytyjscy po Smithie). Pewne tendencje myśli liberalnej (teoria własności Locke’a, utylitaryzm Benthama i Millów, demoliberalizm J.S.Milla czy utożsamienie rządów prawa z demokracją przez K.R. Poppera, wreszcie pewne ustępstwa względem państwa opiekuńczego poczynione przez Hayeka) pchają liberalizm w lewo; tępią jego indywidualistyczne i anty-etatystyczne ostrze. Sprawiają, że powoli staje się nierozróżnialny od europejskiej socjaldemokracji (przynajmniej tej umiarkowanej), amerykańskiego „liberalizmu” czy też stosowanego na całym świecie technokratycznego pragmatyzmu bez zasad.

Musimy wrócić do ścisłego, pryncypialnego liberalizmu Saya, Hume’a, Tocqueville’a, Bastiata, Spencera, Misesa. Co jednocześnie nie oznacza, że mamy wracać do bezmyślnego (bo pozbawionego historycznego namysłu) monarchistycznego państwochwalstwa. To, że monarchia jest bardziej umiarkowanym systemem aukcyjnym (kupowaniem poparcia pieniędzmi zrabowanymi poddanym) niż demokracja, nie oznacza, że monarchia uwolni nas od przekleństwa centralizacji i arbitralnych (a więc z zasady niesprawiedliwych) decyzji władzy. Monarchia jest takim samym, a w niektórych wypadkach nawet gorszym zagrożeniem dla liberalizmu, jak demokracja parlamentarna. I większość klasycznych liberałów otwarcie to przyznawała.

Jak pisał Say:

„Zawdzięczamy Zgromadzeniu Konstytucyjnemu obalenie ducha fiskalnego, panującego we Francji przedtem, którego godna pożałowania zdolność polegała nie na redukowaniu wydatków do poziomu ściśle niezbędnego, lecz na podnoszeniu obciążeń tak wysoko, jak tylko się dało.” (Oeuvres diverses, wydanie Guillaumin, s.199)

To samo pisał o Ancien régime i Spencer, i Tocqueville, i Mill, i wszyscy, którzy znali ówczesną sytuację społeczną. Zresztą niewola panująca w owych czasach jest bezpośrednim skutkiem powstania państwa, jako takiego. Państwo powstało, jako system wyzysku zainstalowany przez wojownicze plemię podbitemu plemieniu. Większość europejskich arystokratów, monarchistycznego personelu, jest obcego pochodzenia w swoich krajach. Dla przykładu, większość szlachty w Anglii była pochodzenia normańskiego dlatego, bo to Normanowie podbili saską Anglię. Cześć Sasów zbiegła do Bizancjum, a resztę Normanowie zamienili w chłopów, których bezlitośnie wyzyskiwali. Stąd się wzięło państwo angielskie i stąd się wzięło opodatkowanie. Aż do XV wieku, gdy angielski król (również pochodzenia normańskiego) nadał szlachectwo kilku saskim rodzinom, Sasi nie mieli wstępu do wyższych sfer – tj. aparatu państwa. Takie samo jest pochodzenie innych państw. (W ogóle taka jest natura państwa i żadne brednie o umowie społecznej tego nie zmienią.) Dlatego większość klasycznych liberałów przychylnie patrzyła na ideały Rewolucji Francuskiej (choć niektórzy nie zgadzali się z jej metodami,  jak Burke czy Tocqueville). W istocie Frederic Bastiat, bohater wielu pośród polskiej prawicy, siedział w Zgromadzeniu Narodowym po lewej stronie, kilka foteli obok Pierra Josepha Proudhona, z którym zresztą namiętnie dyskutował na łamach prasy. (Ba! Nawet Kisiel w Tygodniku Powszechnym napisał tekst wychwalający ideały „Wielkiej Rewolucji”). Konserwatyści (czy – o ironio! – konserwatywni-liberałowie), którzy porządek przedrewolucyjny oceniają pozytywnie, nie tylko nie mają bladego pojęcia o myśli liberalnej – oni w ogóle nie znają faktów historycznych.

W istocie dawne rządy różniły się od współczesnego demokratycznego wyzysku tym, że w owym czasie mniejszość prześladowała większość, a dzisiaj jest odwrotnie. Pewni liberalni bajarze (jak m.in. Hayek i Buchanan) uważali, że jak większość uchwali konstytucje, w której wpisana będzie regułę ‚poszanowania mniejszości”, to tyrania większości nie będzie miała miejsca. Tylko, że to właśnie ta tyrańska większość wprowadza i interpretuje tę konstytucję. Więc gdzie sens? Gdzie logika?

Sam Say w Traktacie wypowiadając się krytycznie o monarchii francuskiej, ma raczej pozytywny obraz „rządów ludowych” (jak to nazywa), choć zaznacza, że:

„W zasadzie bogactwo nie zależy od urządzeń politycznych. Państwo może prosperować przy różnych formach rządu, jeśli jest dobrze administrowane. Istniały narody bogacące się za monarchii absolutnej (Liechtenstein – przyp. mój), istniały też rujnowane przez rządy ludowe (Grecja – przyp. mój). Jeśli nawet wolność polityczna bardziej sprzyja rozwojowi bogactw, to jedynie pośrednio, tak samo jak korzystniejsza jest dla oświaty.

Nic tedy dziwnego , że gdy się pomiesza zasady dobrych rządów z zasadami wzrostu bogactw, czy to publicznych, czy prywatnych, zaciemnia się wyrażaną myśl, zamiast ją rozjaśniać.” (Traktat o ekonomii politycznej, PWN, 1960, s. 21)

Ale zapewne i klasycy straciliby wiarę w demokrację, gdyby dożyli czasów „sprawiedliwości społecznej”. Reguły „sprawiedliwości społecznej” – a właściwie jej brak reguł, bo jest ona czystą arbitralnością, nie ma w niej żadnych zasad i dlatego nigdy nie będzie prawdziwą sprawiedliwością – determinują ten wyzysk. Niesprawiedliwość tego systemu można zobrazować prostym eksperymentem myślowym: wyobraźmy sobie trzech studentów mieszkających w jednym wynajmowanym mieszkaniu. Studenci ustanawiają demokrację i decyzja większości jest obowiązująca nawet jeśli mniejszość się na nią nie zgadza. Studenci postanawiają, że papier toaletowy będzie kupowany wspólnie (zrzutka). Ale dwóch z nich ma szybszy metabolizm niż jeden i dlatego korzystają z toalety 5 razy częściej. W tej sytuacji jeden de facto finansuje korzyść dwóch i nie może się z tego wycofać.

Gdy wkład jest oddzielony od korzyści, jesteśmy zapraszani do jazdy na gapę. Demokratyczne państwo w istocie jest właśnie taką platformą dla gapowicza – a polityka jest mechanizmem budowania kanałów redystrybucji, które pozwalają gapowiczowi korzystać z „dóbr publicznych” na koszt reszty. Racjonalne jednostki wykorzystają głosowanie do wyzyskiwania mniejszości. W terminologii teorii gier jest to tzw. strategia dominująca. (Co oznacza ni mniej, ni więcej, że ludzie musieliby być nieracjonalni, żeby nie skorzystać z możliwości głosowania za redystrybucją dochodu i majątku od sąsiada do siebie.) Teoria wyboru publicznego wyprodukowała całe biblioteki opisujące ten proces. Trudno już w dzisiejszej nauce majaczyć o „interesie publicznym”, „służbie publicznej”, „woli ludu” i innych bredniach demoromantyków z logiką na bakier.

Ratunkiem przed etatyzmem wydaję się być porządek spontaniczny oparty na konwencjach, który opisał David Hume w Traktacie o naturze ludzkiej. Porządek określający reguły sprawiedliwości powstałe, jako behawioralny stan równowagi, wyrosły spontanicznie w wyniku wzajemnego dostosowania się jednostek do swoich działań (czyli po prostu koordynacji). Porządek taki panował w większości społeczeństw, zanim zostały podbite przez inne plemiona i zanim zostało im narzucone państwo. Tylko, jak uchronić wolne społeczeństwo przed powtórką tego scenariusza? Jak uchronić homo sapiens sapiens przed samym sobą – przed jego wrodzoną agresją? Tego nie wiem. Być może współczesne społeczeństwa łatwiej poradziłyby sobie z najazdem z zewnątrz. Być może – nie.

Oczywiście nawet gdyby nie było zagrożenia z zewnątrz, społeczeństwo najprawdopodobniej nie utrzyma uporządkowanej anarchii, bo od ponad 200 lat państwo wypiera konwencje społeczne, umiejętności i zwyczaje: po kolei wszelkie działania społeczeństwa obywatelskiego od strzeżenia porządku publicznego, wymierzania sprawiedliwości i ochrony, przez działalność charytatywną po edukację, służbę zdrowia i ochronę środowiska, zostają zastąpione centralistycznym, biurokratycznym, redystrybucyjnym monopolem. Motywacja w przypadku działań nie dla zysku zostaje zlikwidowana, wolne środki (oszczędności), które mogłyby je finansować zostają zredystrybuowane; a działania dla zysku stają się niekonkurencyjne przez państwowy dumping (jak konkurować z kimś kto produkuje poniżej kosztów produkcji dzięki subsydiom!?).

Liberalizm jest stracony. Demokracja go zżera. Wybory to system aukcyjny – kto przekupi więcej osób zrabowanymi środkami mniejszości, ten je wygrywa. Monarchia wyrosła na podboju, więc jest jego gwałtownym zaprzeczeniem. Dyktaturę nie sposób pogodzić z wolnością prasy i zrzeszania się, nie da się jej pogodzić z secesją, a niekiedy jest ona bardziej opresyjna, gdyż nie może funkcjonować bez policji politycznej. Monarcha (tak, jak demokratyczni politycy) również nie może obejść się bez kupowania poparcia. Ponadto również ma skłonność maksymalizować swój majątek za pomocą opodatkowania. Tylko stowarzyszenie cywilne – tylko dobrowolne związanie się ludzi może uratować wolność. Tylko spontaniczne działanie społeczeństwa obywatelskiego może ustanowić liberalny porządek. Inaczej, po wsze czasy będzie panował ten kretyński pełzający socjalizm.

W obliczu braku nadziei dla wolności, jesteśmy w praktyce zmuszeni do walki o wolniejszą ekspansję państwa (bo trudno uwierzyć w to, że da się państwo ograniczyć do niezbędnego minimum), w teorii orędować za uporządkowaną anarchią (choć skoro trudno wyobrazić sobie ograniczenie państwa w naszych realiach społecznych, to trudno tym bardziej wyobrazić sobie jego likwidację). Prawda jest taka, że wolność będzie systematycznie niszczona, a nasze prawnuki będą żyły w kolektywistycznym kołchozie i (co najgorsze) jeszcze będą się z tego „bezpieczeństwa” cieszyły.

Niszczycielska ekspansja rządu kosztem porządku opartego na wolności osobistej w ramach społeczeństwa cywilnego, nie jest jedynie domeną naszych czasów. Wraz z dojrzewaniem demokracji parlamentarnej, skala politycznego przekupstwa motywowanego wyborami zdaje się rosnąć i w naszych czasach mamy dużą szansę dożyć patologicznej konsekwencji władzy większości, w której 51% społeczeństwa będzie żyła na koszt 49%. Ale i Say miał okazje doznać (i to jeszcze w czasach monarchii absolutnej, która zwykle jest mniej podatna na ekonomiczne wynaturzenia!), jakie żniwa zbierają centralizacja, biurokracja i opodatkowanie. Say widział to, jako bodziec do rozwoju ekonomii politycznej, a za jej pośrednictwem do rozwoju cywilizacyjnego ludzkości:

„Ale do rozwoju ekonomii  politycznej najbardziej przyczyniły się ciężkie warunki, w jakich znalazł się od lat czterdziestu świat cywilizowany (słowa pisane na początku XIX w. – przyp. mój). Wydatki rządów wzrosły do skandalicznego poziomu; wezwania, które dla pokrycia swych potrzeb zmuszone były skierować do swych poddanych, powiadomiły ich o wielkości tych potrzeb; prawie wszędzie domagano się, o ile nie ustalono, współudziału woli ogółu w rządach albo co najmniej pozorów tego. Olbrzymie podatki nałożone na narody pod mniej lub więcej specjalnymi pretekstami okazały się niedostateczne, trzeba było uciec się do kredytu; dla otrzymania kredytu należało przedstawić potrzeby jako źródła dochodów państwowych; jawność rachunków państwowych, konieczność usprawiedliwienia przed publicznością aktów administracji wywołały w polityce rewolucję moralną, której rozwój nie mógł być powstrzymany.

Jednocześnie wielkie przewroty, wielkie katastrofy dostarczyły wielkich doświadczeń. Nadużywanie pieniędzy papierowych, przerwanie stosunków handlowych i innych wykazały ostatecznie konsekwencje wszelkiej przesady. Aż nagle potężne tamy zostały przerwane, nastąpiły olbrzymie powodzie, jedne rządy zostały obalone, inne utworzone, powstały nowe imperia na drugiej półkuli, kolonie uzyskały niepodległość, nastąpił powszechny zryw ducha, tak korzystny dla rozkwitu wszelkich zdolności ludzkich; piękne nadzieje i wielkie rozczarowania z pewnością znacznie rozszerzyły krąg naszych idei, zrazu wśród ludzi umiejących patrzeć i myśleć, później wśród wszystkich.

Oto jak nadzieje kroczą obok przeszkód i jak popęd, który unosi społeczności ludzkie ku lepszej przyszłości, osiąga pełny swój rozwój.” (op. cit., s.80)

Ja nie potrafię znaleźć w sobie tyle optymizmu, co francuski Mistrz..

Czytaj również