Pułapka średniego wzrostu i inne dyrdymały

Drukuj

Polityka nie jest racjonalną odpowiedzią na problemy Polski. Racjonalną odpowiedzią jest likwidacja polityki. Pozostawienie spraw obywatelom w ramach rynku i społeczeństwa obywatelskiego.

Politycy (zwłaszcza PiS, ale nie tylko) lubią mówić o tym, jaką to państwo będzie miało niebagatelną rolę w kształtowaniu rzeczywistości gospodarczej i społecznej, aby wyprowadzić Polskę z pułpaki średniego dochodu.

Jest być może w tych dyrdymałach jakieś ziarno prawdy – państwo może wpływać bardziej lub mniej szkodliwie na gospodarkę i społeczeństwo. Tak jak, prafrazując mistrza J.-B. Saya, są podatki bardziej i mniej złe. Ale trzeba przy tym wszystkim wziąć pod uwagę upośledzoną perspektywę tych ludzi.

Jak słusznie zauważa Tomasz Kasprowicz na łamach obserwatora finansowego, Polskę czeka emerytalny karambol:

„Spadek liczby osób w wieku produkcyjnym o 40 proc oznaczałby, że by utrzymać dzisiejszy poziom PKB wydajność pracy musiałaby wzrosnąć o dwie trzecie czyli z 27,6 dolara na godzinę do 46 dolarów na godzinę – czyli z grubsza do średniej w UE. Wyzwanie znaczące, ale osiągalne. Tyle tylko, że utrzymanie obecnego PKB jest dalece niewystarczające do sfinansowania dodatkowych 230 mld zł rocznie dla systemu emerytalnego. Pokrycie całości deficytu dzięki rosnącej wydajności wymagałoby wyprzedzenia pod tym względem światowej czołówki. Nierealne.”

Powiem więcej: karambol nie tylko emerytalny, bo przecież wszystkie wydatki państwa są uzależnione od tego, co wyprodukuje pracująca, oszczędzająca i inwestująca część społeczeństwa. Trzeba jednak przyznać, że emerytury i renty, dodatki dla oraz podatki „od” emerytów i rencistów są głównym problemem, bo to największa część polskiego budżetu.

Niemniej czeka nas także karambol:

  • zasiłków socjalnych i chorobowych;
  • opieki zdrowotnej;
  • wojska;
  • policji i straży pożarnej;
  • sądów (tej patologii to akurat ucięcie wydatków by pomogło, a nie zaszkodziło) i więziennictwa;
  • szkół podstawowych, gimnazjów i średnich;
  • szkolnictwa wyższego;
  • administracji rządowej (za to to akurat chwalić Pana!);
  • administracji samorządowej (chwalić Pana!);
  • administracji ZUS, KRUS i NFZ (chwalić Pana po trzykroć!);
  • urzędów naczelnych organów władzy państwowej, kontroli i ochrony prawa i sądownictwa;
  • GDDiKA (dróg krajowych i autostrad);
  • dróg i kolei finansowwanych przez samorządy;
  • funduszu kolejowego (tory);
  • rozwoju mieszkalnictwa (chwalić Pana!);
  • ochrony środowiska;
  • sportu i wypoczynku (chwalić Pana!);
  • kultury (chwalić Pana!);
  • składki do budżetu UE;
  • obsługi długu publicznego;
  • i innych, miejszych wydatków państwa (np. słynny fundusz na rzecz promocji wieprzowiny).

Jest nawet większa szansa, żę czekają nas te inne, nie-emerytalne karambole, gdyż większość wyborczą w przyszłości będą stanowili emeryci. Jeśli większość ludzi w wieku średnim i emerytów nie będzie na tyle roztropna, że zagłosuje za zrównoważeniem budżetu (a więc wydłużeniem wieku emerytalnego i obniżeniem swoich świadczeń), to czeka nas rewolucja młodych, którzy obalą reżim starców i wprowadzą liberalną dyktaturę. Nie spodziewałbym się roztropności po ludziach wychowanych w PRL, więc spodziewam się, że próby podnoszenia składek i podatków na utrzymanie systemu emerytalnego i opieki zdrowotnej w końcu doprowadzą do wybuchu politycznej wściekłości tych, który ten system na swoich barkach noszą – młodych.

Biorąc pod uwagę fakt, że model państwa, w którym żyjemy jest niewypłacalny w przeciągu jednego pokolenia, rozmowy na temat pułapki średniego wzrostu są żałośnie i śmiesznie jałowe. Wydatki państwa trzeba będzie ciąć za dwie, trzy dekady i będzie to robić każdy rząd (choćby partii Razem – może nazwą to Nowaja ekonomiczeskaja politika?) z tego prostego powodu, że nie będzie miał wyjścia. Tak jak lewacki rząd Grecji od 2008 roku. I podobnie jak w przypadku Grecji, przystępując do strefy euro rząd polski ograniczyłby sobie narzędzia do osłabiania skutków nadchodzącego kryzysu zadłużeniowego.

Polska i inne państwa opiekuńcze, które nie mają i nie będą miały w ciągu najbliższych dekad dodatniego przyrostu naturalnego, praktycznie już są bankrutami. Rozmowy o tym, jak państwo może „wspierać” innowacje są śmieszne.

To właśnie te tępe wydatki, poczynając od emerytur i zasiłków a kończąc na promocji kultury i wieprzowiny, na wspieranie tego i owego, są głównym źródłem tego kryzysu. Państwo nakładając podatki na pracujących, oszczędnych i przezornych i gwarantując za te pieniądze bezpieczeństwo niepracującym, nieoszczędnym i nieprzezornym, pomogło współczesnej egalitarystycznej kulturze zniechęcić ludzi do zakładania rodzin. Osłabiając bodźce do pracy, oszczędzania, inwestowania, posiadania dzieci, rozwijania firm rodzinnych, państwo przyczyniło się do rewolucji kulturalnej, która wyprodukowała niewypłacalną Polskę czytających KryPol i Wyborczą, odzianych w rurki i okulary Raj-Bana lemingo-bobos-hipstero-yuppie-nihilistów, jakich pełno latem na warszawskim pl. Zbawiciela.

Są teraz dwa wyjścia z tej sytuacji (zanim młodzi, produktywni ludzie zaczną masowo uciekać z Polski): lewackie i liberalne. Lewica chciałaby deficyt narodzin zastąpić imigrantami. Co samo w sobie nie jest takie złe, o ile ci imigranci będą pracować i integrować się, a nie pobierać zasiłki i gwałcić w Nowy Rok kobiety na dworcach. Zastąpienie 10 mln Polaków, 10 mln przybyszów, którzy do niedawna biegali z kałaszami nie zagwarantuje nam wypłacalności podstawowych instytucji państwa. Wręcz przeciwnie, trzeba będzie zwiększyć wydatki na policję, sądy i więzienia (i pewnie na zasiłki i „integrację” tych ludzi). Otwarta imigracja ma sens tylko wtedy, kiedy imigranci, tak jak wszyscy inni zresztą, są zmuszeni do pracowania i integrowania się, a przestępstwa są na tyle szybko, skutecznie i surowo karane (albo jeszcze lepiej – szybko i skutecznie zapobiegane), że nikomu z wybuchowymi pomysłami przez myśl nawet nie przejdzie, żeby prowadzić „świętą” wojnę.

Rozwiązanie liberalne po prostu sprywatyzowałoby i urynkowiło produktywne instytucje państwa, a zlikwidowało bezproduktywne. W takim wypadku, spadek dzietności (nawet przy niewielkim wzroście produktywności) nie byłby katastrofą. W skrajnym, drastycznym przypadku pewnie zmniejszyłby się PKB Polski, być może spadłyby nieco pensje i tyle. Podaż i popyt usług sprywatyzowanych dostosowałyby się automatycznie do zmieniającej się sytuacji. Nie potrzeba by było nam programów Morawieckiego i Boniego, i innych etatystycznych dyrdymałów, żeby wyprowadzić Polskę z pułapki średniego dochodu. Polacy by ją z czasem sami wyprowadzili swoją oszczędnością, pracowitością i przedsiębiorczością.

Czytaj również
  • http://kaizenwfinansach.wordpress.com Kaizen W Finasach

    Mityczny liberalizm jest fajny, bo jest mityczny. Nie ma przykładu państwa które jest całkowicie wolnorynkowe, zawsze istnieją jakieś regulacje- jeśli jest „wolnorynkowa” to są większe ograniczenia „prawne” i na odwrót.

  • Tomasz Kłosiński

    Usprawiedliwienie status quo tym, że ideał nie jest osiągalny jest absurdem. Oczywiście, że nie ma i nigdy nie będzie państw „calkowicie wolnorynkowych”. Żyjemy w świecie hybrd, ktore leżą gdzieś po środku skali miedzy uporządkowaną anarchia a totalitaryzmem. Rolą liberalizmu jest stopniowe popychanie tych hybryd w stronę anarcholiberalnego ideału.

    Zawsze istnieją jakieś regulacje. A kiedyś zawsze istniało niewolnictwo i jakoś udało się je znieść. To, że coś istnieje, nie oznacza, że istnieć musi. Ba! Nawet jeśli bardzo trudno, albo nawet nie da się tego znieść, to też nie oznacza, że nie możemy mieć negatywnego sądu moralnego o tym. Choć oczywiście regulacje do tego zbioru nie należą – je da się i należy znieść. Wszystkie bez wyjątku i na całym świecie. Tak jak niewolnictwo.