To nie tylko emerytury, to wszystko bankrutuje

Drukuj

bankrut

Fundamentalnym błędem intelektualnym przy okazji bieżącej dyskusji o systemie emerytalnym jest rozważanie problemu abstrakcyjnie w kategoriach zalet i wad OFE. Sprawę należy  rozważyć szerzej, jeśli z roku na rok jest coraz mniej pracujących (płacących podatki i „składki”), a coraz więcej pobierających świadczenia, to problemem jest niewypłacalność nie tylko ZUS (OFE go i tak nie uratuje). Stajemy przed zbliżającą się wielkimi krokami niewypłacalnością całego państwa opiekuńczego (przecież jak emerytury pokrywane z podatków będą niewypłacalne, to służba zdrowia tym bardziej – a w następnej kolejności subsydia rolnicze, renty, zasiłki i inny „socjal”, infrastruktura, edukacja, bezpieczeństwo wewnętrzne i zewnętrzne, wymiar sprawiedliwości – nie wspominając o takich płotkach jak kultura, sport, ochrona środowiska, nauka, granty na „innowacyjność” i inne pierdoły). Objawia się to bankructwo – i będzie się objawiać coraz intensywniej – w postaci długu, dziury w ZUS, poszukiwaniu przez rząd środków na pokrycie bieżących potrzeb (vide ostatnie podwyżki podatków), obniżaniu emerytur (vide emerytury obywatelskie), coraz bardziej selektywnego przydzielania rent i zasiłków, wydłużania się kolejek w służbie zdrowia, zamykania szkół, zmniejszającej się liczby policjantów i ogólnego zmniejszenia środków na wszystkie urzędy, programy i każdą inną działalność państwa. Odkąd przyrost naturalny w Europie stał się ujemny, odtąd państwa stanęły wobec problemu niewypłacalności: coraz mniej przychodów, coraz więcej wydatków. Co zrobiły elity polityczne wobec tego fundamentalnego problemu naszej cywilizacji? Ano, poszły po najmniejszej linii oporu: tj. zaczęły pożyczać pieniądze z rynków finansowych i wpuszczać nieco więcej imigrantów.

Dług publiczny ma dwie przyczyny: malejące przychody państwa i rosnące wydatki. Pierwszy wynika z malejącej populacji świata zachodniego. Im mniej ludzi, zwłaszcza im mniej pracowitych i przedsiębiorczych ludzi, tym mniej możemy wyprodukować (a podatki konsumują to, co możemy wyprodukować). Liczba ludności i jej produktywność spadają i będą spadać. Osobiście uważam, że tego nie da się łatwo odwrócić, bo wynika to ze zmian kulturowych, ale z całą pewnością obecny ustrój polityczny ten niekorzystny trend wspiera. Produktywność mogłaby wzrosnąć, gdyby państwo nie pożerało połowę dochodu i nie regulowało każdego ruchu swoich poddanych, ale tego również nie da się zmienić..

Państwo dławi produktywność nie dlatego, że politycy uważają to za zasadne czy racjonalne. To w ogóle nie jest kwestia preferencji, które można zmienić i uratować Zachód przed zagładą. Problem jest strukturalny. Otóż wydatki państwa rosną w tempie wykładniczym ponieważ aby wygrać wybory trzeba czymś większość przekupić, a do tego potrzebne są pieniądze. (Widzieliście polityka, który szedł do wyborów z obietnicą, że nic ludziom nie da?) Te pieniądze biorą się właśnie z opodatkowania. Konkurencja w walce o dzierżawę władzy napędza system redystrybucji, który uszczupla akumulację kapitału i w konsekwencji dławi wzrost produktywności. A bez wzrostu produktywności nie może być mowy o dodatnim przyroście naturalnym. I koło się zamyka. Najbardziej liberalny ze wszystkich ustrojów wyhodował pożerającego cywilizację potwora. Ponura perspektywa dla liberała (coś o tym wiem!).

Są cztery możliwe rozwiązania tego scenariusza (od najbardziej do najmniej nieprzyjemnego): (1) socjalistyczna dyktatura, (2) kapitalistyczna dyktatura,  (3) reforma demokracji albo (4) jakiś inny cud. W cuda nie wierzę (przynajmniej w polityce), reforma demokracji jest niemożliwa – jej inherentną cechą jest zawłaszczanie coraz większej części wyboru indywidualnego i zasobów w posiadaniu jednostek na rzecz wyboru kolektywnego. Ne da się po prostu zbudować demokracji nieredystrybucyjnej (choć część klasycznych liberałów, od Milla po Hayeka, mamiła się, że tyranii większości można zapobiec konstytucją rządu ograniczonego). Dyktatura socjalistyczna, jak wiemy z historii najnowszej, więcej problemów tworzy niż rozwiązuje i w dłuższym okresie jest także niewypłacalna. Wydaję mi się, że wypłacalność komunizmu można by było zagwarantować jedynie w radykalny sposób: rząd musiałby zmuszać ludzi do rozmnażania (hodować ludzi) i zaprzęgać do niewolniczej pracy kolejne coraz liczniejsze pokolenia. Dyktatura kapitalistyczna jest z kolei sustainable i nie podlega systemowi aukcyjnemu, na który narażona jest demokracja. Dyktatora co prawda także opiera się na swoich zwolennikach, których musi przekupić, ale różnica polega na tym, że ta grupa jest znacznie mniejsza i nie trzeba zabiegać o mandat co kilka lat. Ale dyktatura ma za to liczne wady, które z liberalizmem ciężko pogodzić: przede wszystkim, jak dowodzi historia m.in. przedrewolucyjnej Francji, krajów islamskich, krajów afrykańskich i reżimów komunistycznych, u sterów rządów mogą zasiąść barbarzyńcy, nieodpowiedzialni idioci lub będący pod wpływem błędnych teorii „technokraci”, których znacznie trudniej będzie „odwołać”, jeśli naprawdę zaczną szkodzić. Po drugie dyktatura nierozłącznie wiąże się z walką z konkurencją polityczną środkami policyjnymi i cenzurą. Po trzecie wreszcie liberalna dyktatura nosząca znamiona rządów prawa w końcu i tak kończy się demokracją (więc w dłuższym okresie wracamy do punktu wyjścia). Jakby by nie było, będzie źle.

Drodzy intelektualiści, niech do Was wreszcie dotrze, że OFE i ZUS to nie problem – to tylko pierwsze objawy – w istocie, to niewypłacalność państwa jest problemem, bo to ona jest przyczyną z którą przyjdzie nam się jeszcze niejednokrotnie mierzyć. Weźcie sobie w końcu do serca, że jesteśmy bankrutami, jesteśmy zgubieni.

Czytaj również