Tyrmand o tłumie, ludzie i ludziach

Drukuj

Narasta we mnie głuche podejrzenie, że marksizm rodzi się nie z miłości do ludu, lecz z pogardy dla ludu. Już sama teoria, że lud nie jest zbiorowiskiem jednostek, lecz samoistnym podmiotem, jest wysoce obraźliwa. W rzeczy samej, począwszy od dialektyki a skończywszy na sloganach, cała impreza jest upokarzająca, wyzbyta nawet prymitywnej kurtuazji.

Osobiście czuję, że to nie moja sprawa. Ja mam do ludu stosunek zrównoważony i koleżeński. Nie przepadam za nim, ale nim nie gardzę, ani się go nie boję. Wiem, że tłum, wywar z ludu, to rzecz dość parszywa, lecz dla mnie nie jest źródłem ani niezdrowych fascynacji, ani histerycznych strachów. Formowanie się ludzi w tłum może być napędem przeznaczeń, to fakt, czasem jest przerażającą bezmyślnością. Zawsze zdawało mi się, że tłumem rządzą wulgarne i liche diabły ze średniowiecznej hierarchii piekieł. Mam wrażenie, że Anatol France przesadził nieco rozczulając się nad ludem w L’anneau d’amethyste, jego pobłażliwe paradoksy są prawdą lakierowaną. Tylko lud przekształcany w ludzi ma funkcję moralną i budującą w historii; przekształcany w tłum najczęściej rodzi krzywdę i zło, a jeszcze częściej budzi pogardę. I oto właśnie komunistom chodzi: jak najwięcej ludu w tłum, aby nim wygodnie i z uzasadnieniem gardzić.

Paniczna obawa przed tłumem jest jedną ze sprężyn komunizmu – pozwala mu werbować jednostki mądre i uczciwe, lecz pożądające nade wszystko ochrony przed ludem i tłumem. Ich starannie skrywana paranoja sprawia, że wolą NKWD, Gestapo czy UB od tłumu. Wybór krótkowzroczny, jako że organy totalizmu są zakrzepłą w formy organizacyjne zbrodniczością tłumu. Zaś dobrowolna identyfikacja z tłumem może czasem być schronieniem przed ostatecznym okrucieństwem totalizmu.

Jedyne co lud powinien, to być barwny i zajmujący, albowiem nigdy nie jest kolebką nauk i praw, zaś czasem staje się kolebką sztuk. Lud bawi typowością, zaś typowość nie jest niczym mądrym ani szlachetnym, ale przykuwa uwagę, zaciekawia, rodzi sentymenty, wzruszenia, wesołość, uśmiechy, wzbogacające skojarzenia. Nikt nie rozumiał tego lepiej w kinie niż René Clair, jego filmy są katechizmem sympatii dla ludu, ogólnoświatowym renesansem proludowości. Reszty dokonały lunaparki i music-halle, XX-wieczna inwazja masowej rozrywki, środków przekazu, skażony przez komercjalizm folklor, który stał się nową, odrębną wartością. Ja tam jestem jak najbardziej za tym wszystkim. Uwielbiam parówki, fasolę i piwo, łowickie pasiaki i Tyrolczyków, kiermasze i wesołe miasteczka, wielkomiejskie bazary i wiejskie świątki, śledzia, schaboszczaka i wódkę, podwórzowe ballady i bar „Kujawiak”. Typowy valse-java z Porte de la Vilette przejmuje mnie zawsze dreszczykiem zrozumienia, zaś nowoorelański blues, bolesna skarga ludu, której doskonałość i bogactwo przeskoczyło już z folkloru w sztukę i styl, wydaję mi się najlepszym przykładem gatunku.

I oto przychodzą marksiści i hipokrytycznie usiłują włączyć ludowość w manifestację politycznej siły, przekształcić 1 maja w 14 lipca. Wychodzą świadomie z wadliwego założenia, że lud to zła potęga, z którą nie ma co się bawić w praworządność i demokracje, ale ukrywają tę zasadę namiętnie i kłamią z uniesieniem. Chwalą lud pod niebiosa, głoszą jego cudowną naturę, wznoszą pomniki jego nie istniejącym cnotom i mądrościom. Po cichu śmieją się w kułak i ujarzmiają lud rękami ludu, albowiem ludu nigdy nie można ujarzmić bez jego autentycznej pomocy. I jak tu nim nie gardzić?

— Leopold Tyrmand, Dziennik 1954, 23 lutego

Czytaj również