Umowa społeczna

Drukuj

Państwo wyparło spontanicznie rodzące się konwencje społeczne zapewniające równowagę pomiędzy jednostkami w stanie natury. Konwencje społeczne „nie zbijaj”, „nie kradnij” i „dotrzymuj obietnic” to fakty historyczne i antropologiczne, które można wykazać bez odwoływania się do żadnej romantycznej metafizyki politycznej (świętych ksiąg, praw naturalnych, praw człowieka, konstytucji czy innych kodeksów). Państwo po wyparciu tych konwencji stało się monopolistą strzegącym porządku – chroniącym życie, wolność i własność obywateli przed wszystkimi innymi poza samym sobą. Ochrona własności i egzekwowanie umów od tej pory przestały spoczywać na barkach obywateli, a stały się domeną państwa.

Filozofowie dostrzegając, że państwo, wykonując te usługi „publiczne”, jest gwarantem ładu społecznego, zawsze próbowali uzasadnić istnienie państwa – wymyślali teorie legitymizujące władzę. Choć oczywisty był historyczny fakt, że państwo zostało poczęte z grzechu (z podboju, grabieży i gwałtu), to wymyślali teorie dorozumianej zgody poddanych na bycie rządzonymi. Hobbes uważał, że ludzie w anarchii skoczyliby sobie do gardeł – ludzie aby nie musieli walczyć wszyscy ze sobą nawzajem, zaakceptowali tzw. umowę społeczną i oddali władzę nad sobą w ręce Lewiatana.

Fikcja umowy społecznej zakłada, że z jakiegoś powodu niesprawiedliwość gwałtu popełnianego przez państwo trzeba zaakceptować ponieważ alternatywą jest masowy gwałt jednostek w anarchii. Podstawowym założeniem teorii umowy społecznej jest idea, że mimo, iż na gruncie logiki nie da się wykazać, że działania państwa nie da się pogodzić z ideą sprawiedliwości (karaniem czynów, które wszystkim nie wolno popełniać), to z jakiegoś powodu niesprawiedliwość trzeba uznać za konieczną dla przetrwania społeczeństwa czy zgoła rodzaju ludzkiego.

Teoria umowy społecznej w czasach dzisiejszych używa narzędzi teorii gier (głównie „dylematu więźnia”), aby usprawiedliwić intuicję Hobbesa. W anarchii powiadają filozofowie racjonalne jednostki są w stanie permanentnego konfliktu, a dominującą strategią jest unikanie współpracy z innymi, gdyż wiąże się z ryzykiem bycia oszukanym, napadniętym, zadźganym, etc. Bez centralnej władzy trzymającej pieczę nad współpracą społeczną, ludzie nie współpracowaliby ze sobą – nie byłoby handlu, a więc nie mógłby powstać drogocenny podział pracy, bez którego nie możliwy byłby wzrost dobrobytu nas wszystkich. Państwo tworząc i egzekwując prawo, egzekwując umowy, chroniąc własność, życie i wolność poddanych, tworzy ramy, dzięki którym rozwój cywilizacyjny w ogóle jest możliwy.

Teorii umowy społecznej nie da się obronić na gruncie logiki. Po pierwsze teoria ta twierdzi, iż ludzie potrzebują państwa ponieważ w dysfunkcjonalnym stanie anarchii nie są w stanie współpracować i dlatego muszą dobrowolnie oddać swoją suwerenność (a więc współpracować), aby stworzyć państwo, które zagwarantuje ład społeczny. Musimy współpracować po to, żeby stworzyć państwo, a musimy stworzyć państwo, bo nie jesteśmy w stanie współpracować.

Drugi zarzut jest jeszcze cięższy. Załóżmy, że państwo zostało stworzone dzięki umowie społecznej. Jednym z warunków umowy jest bezstronność. Ale to nie jest w interesie państwa, aby było bezstronne. W jego interesie jest aby zwycięska część społeczeństwa – władza i jej partnerzy koalicyjni, których regularnie przekupuje zasobami zawłaszczonymi społeczeństwu jako całości – była w stanie wyzyskiwać przegrywającą stronę społeczeństwa. To jest bezpośredni interes państwa. Więc jak zwolennicy umowy społecznej mogą zakładać, że państwo będzie egzekwowało warunki umowy przeciwko samemu sobie? To jest, znów, sprzeczne wewnętrznie założenie, z którego bardzo trudno jest się wydostać.

W praktyce umowę społeczną wiążę się często z demokracją. Ale demokracja (rozumiana jako procedura pozwalająca większości wybrać w głosowaniu władzę), nie odzwierciedla umowy społecznej, jako, że w demokracji większość zmusza – tudzież rozbija przekupując jej biedniejszą część pieniędzmi bogatszej części – mniejszość do poddaństwa względem jej, a legitymizacja władzy w teorii umowy społecznej pochodzi od wszystkich członków społeczności.

Ale to nie niespójność i metafizyczna mętność tej teorii jest jej największym grzechem. Najgorsze jest to, że umowa społeczna jest opium ludu. Teorie umowy społecznej rozbrajają liberalny sceptycyzm względem władzy. Filozofowie wmawiają nam, że istnienie poddaństwa mniejszości wobec woli większości da się pogodzić z liberalną doktryną. Filozofowie wmawiają nam, że jak człowiek reprezentuje większość to może robić to, czego dowolny członek społeczeństwa nie ma prawa czynić. Ten tok rozumowania służy interesom państwa i tym, których państwo przekupuje odbierając zasoby reszcie.

Gdy ludzie tę teorię „kupują” to akceptują istnienie państwa i jego działalność. W takim wypadku państwu dużo łatwiej rządzić nimi (odbierać im dochody i kontrolować ich). Wydaję się im, że działania państwa są prawowite – że państwo może konfiskować i kontrolować nas, bo bez tego nie będzie ładu, bo nie będzie dóbr publicznych, bo wymaga tego „sprawiedliwość społeczna”, bo to, bo siamto. Wydaję się im, że oni sami stworzyli państwo, że je dobrowolnie zaakceptowali zgadzając się na umowę społeczną i że je kontrolują, że działa ono w ich interesie. Czyż państwo mogło sobie życzyć czegoś więcej niż wzrost popularności tej doktryny?

A wszystko dlatego, że nie potrafimy zrozumieć, że społeczeństwo potrafi spontanicznie koordynować swoje zachowanie za pomocą – odkrytych przez Davida Hume’a – konwencji społecznych poprzedzających scentralizowaną władzę. Ale nawet gdyby Hobbes miał rację – to i tak nie zmienia faktu, że zło jest złem, zbrodnia zbrodnią. Umowa społeczna każe nam o tym zapomnieć.

Nie ma co się oszukiwać – po pierwsze, władza nawet działająca w interesie obywateli posługuje się środkami, które ze sprawiedliwością nie mają wiele wspólnego; po drugie zaś – co oczywiste dla każdego, kto czytał Friedmana, Hayeka, Misesa czy Buchanana – władza rzadko działa w interesie wszystkich obywateli; po trzecie, wreszcie, legitymizacji państwa nie da się logicznie uzasadnić – pochodzić ona może tylko z irracjonalnych intuicji metafizycznych.

Czytaj również